Kultura vs. natura

Wpis

niedziela, 04 grudnia 2011

Drugi tydzień w Delhi

Rytm naszych zajęć nie pozwala na poznanie zbyt wielu nowych rzeczy w ciągu tygodnia. Mój widok z okna pokoju też trudno uznać za imponujący, właściwie zasłony są cały czas zasunięte. Naprzeciwko w szybkim tempie posuwają się prace przy budowie nowego hotelu, właśnie trwa sezon turystyczny. Nawet w niedziele praca wre, chociaż nie widać żadnych betoniarek i poważniejszego sprzętu. Czasami słychać spawanie, zaprawa jest chyba robiona ręcznie a rusztowanie jest bambusowe, wiązane grubym sznurem. Już od patrzenia na to rusztowanie dostaję lęku wysokości, ale tutaj najwidoczniej dobrze to funkcjonuje.



Staram się przynajmniej pooglądać ulicę w drodze z hotelu do szkoły, jak wracamy po godz. 20 jest już ciemno. Wszędzie pełno jest sklepików i straganów, często zajmujących większą część chodnika.



Większość sprzedawców to mężczyźni, kobiety widać rzadziej. Podobnie jest z obsługą w hotelach, restauracjach i barach.



Co nie oznacza wcale, że kobiet na ulicach nie ma. W metrze są specjalne sektory do wsiadania i wagony dla kobiet. Z uwagi na swoje kolorowe stroje są one też bardziej widoczne i przykuwają wzrok.



Ludzie generalnie są bardzo przyjaźni. Wszędzie bez większych problemów można się porozumieć  po angielsku. Dosyć często jesteśmy zaczepiani, głównie przez dzieci i młodzież, chętnie robią sobie z nami zdjęcia.

Miasto trudno uznać za czyste, chociaż zdarzają się miejsca, w których nie widać (prawie) śmieci. Na ulicy koszy na śmieci praktycznie nie ma, więc każdy radzi sobie jak może, najczęściej wyrzucając zbędne rzeczy, gdzie popadnie. Chodniki często zasypane są dodatkowo gruzem, co utrudnia normalne korzystanie z nich. To mniej przyjemna strona takiej metropolii jak Delhi.

 

Na każdym kroku widać jednak, jak Delhi tętni od rana do nocy życiem. Nawet po godz. 21 jest duży ruch na ulicach i przechodzenie przez nie jest dużym wyzwaniem ze względu na brak świateł i w zasadzie także przejść dla pieszych. Policja w tym kraju ma na pewno inne wyzwania niż wypisywanie mandatów
za przejście na czerwonym świetle lub jazda niezgodnie z przepisami. Znaki drogowe widać sporadycznie.

Różnorodność i bogactwo kulturowe i religijne Indii są oszałamiające. Widać przy tym ile straciła Polska po 1945, w porównaniu ze stanem sprzed 1939, gdy ok. 35% obywateli reprezentowało jakieś mniejszości. Jest to chyba wyrwa nie do zasypania.

W hotelu obok recepcji mamy ołtarzyk boga dostatku i pomyślności Ganeśa, słoniogłowego i lubiącego słodycze.



Co ciekawe wyznania, które narodziły się w Indiach, pozadominującym hinduizmem (ok. 82% społeczeństwa), takie jak buddyzm (8 mln osób), sikhizm (20 mln) czy dżinizm (4 mln) należą do mniejszości. Drugą co do wielkości grupą religijną są muzułmanie (ponad 120 mln).

Od 27 do 30 listopada w New Delhi odbywała się Ogólnoświatowa Kongregacja Buddystów. Po przeczytaniu o niej w miejscowej gazecie, namówiłam kolegów z Buthanu do pójścia na ostatni dzień, bo bardzo chcieli spotkać się z Dalajlamą. Mieli w tym celu nawet jechać do Dharamsala. Środki bezpieczeństwa w Indiach są w miejscach publicznych daleko posunięte i przechodzi się przez bramki jak na lotnisku przy wejściu na stacje metra czy do obiektów zabytkowych, co wcale nie powinno dziwić, więc nie udało im się uczestniczyć bez wcześniejszych wejściówek w żadnym z punktów programu. Dalajlamę widzieli z daleka, udało im się jednak otrzymać listy polecające od swojego ambasadora na ewentualną podróż. Padło pytanie, czy nie chciałabym też pojechać. Pewnie że bym chciała, ale nie jestem nawet buddystką i nie dostanę pozwolenia na wyjazd. Obawiam się, że nawet oni mogą go nie otrzymać. Wiem już, że jeżeli kiedyś wrócę do Indii, nie będzie to Goa, Mumbaj czy Kalkuta, tylko trasa: północne Indie, Nepal i Bhutan.



Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
agimasuria
Czas publikacji:
niedziela, 04 grudnia 2011 20:22

Polecane wpisy